Strona główna » Znalazłam moje miejsce na ziemi. Jak Beata Borucka zamieniła betonową Warszawę na leśną oazę
Kampania Społeczna

Znalazłam moje miejsce na ziemi. Jak Beata Borucka zamieniła betonową Warszawę na leśną oazę

Beata Borucka (Mądra Babcia) w wywiad
fot. Tomasz Ozdoba / newspix.pl

Wielu z nas latami planuje ucieczkę z miasta, w przypadku Beaty Boruckiej, znanej w sieci jako Mądra Babcia, zdecydował niezwykły zbieg okoliczności. W ramach naszej kampanii #PowrótDoNatury rozmawiamy o tym, jak Mądra Babcia krok po kroku zamieniła betonową warszawską Wolę na las pełen zwierząt i ptaków. Dlaczego mieszkanie blisko natury odbiera potrzebę brania urlopu i dlaczego zapach lasu otwockiego i mleko prosto od krowy są warte każdej logistycznej przeprawy.

Wiele osób marzy o tym, żeby uciec z miasta, a Ty po prostu to zrobiłaś. Jak to się stało, co było motywacją i co Ci to dało? Co ta decyzja zmieniła w Twoim życiu?

W naszym przypadku to nie była żadna przemyślana decyzja. Mieszkaliśmy w betonowej Warszawie na Woli, obok huczliwej myjni samochodowej, stacji benzynowej i Biedronki. A ja wychowałam się praktycznie tutaj, gdzie teraz mieszkamy – w Radzyminie. Wszystkie wakacje spędzałam właśnie w leśnej oazie, jaką była Kolonia Nasze pod Radzyminem. Tam wszystkie dzieci z rodziny – trochę jak dzieci z Bullerbyn – spędzały letnie miesiące. Żyliśmy bardzo blisko natury. W tych domkach nie było kanalizacji, więc wodę brało się ze studni, a za potrzebą chodziło się do drewnianego wychodka.

W wieku siedmiu lat wróciłam od babci do Warszawy, do szkoły. Muszę powiedzieć, że trochę imponowałam moim kolegom i koleżankom, bo wiedziałam rzeczy, o których oni nie mieli pojęcia. Na przykład to, że małe kaczki karmi się młodymi pokrzywami.

Teraz mieszkam właśnie w tej okolicy i bardzo lubię to piękne miejsce. Mamy tu ponad stuletni las i drewniany dom, a wokoło są tysiące metrów dzikiej gęstwiny, gdzie porządek robi sama natura. Z daleka nasz dom wygląda trochę tak, jakbym warzyła w nim jakieś magiczne eliksiry albo zamierzała zjeść Jasia i Małgosię.

Jesteśmy tu bardzo szczęśliwi, ale to nie był żaden plan, a raczej dziwny zbieg okoliczności. Pewnego razu, wracając z Zegrza w kierunku Radzymina, jechaliśmy przez tę kolonię. Powiedziałam wtedy partnerowi, że strasznie chciałabym tu wrócić i mieć swój domek. Dokładnie w tym momencie zadzwoniła do mnie kuzynka, która tam mieszka – jedno z tych naszych „dzieci z Bullerbyn” – i powiedziała, że planuje sprzedać tam działkę!

Beata Borucka kampania spoleczna
fot. Tomasz Ozdoba / newspix.pl

Mimo że ostatecznie nie kupiliśmy ziemi od niej, zaczęliśmy się interesować działkami w tym rejonie. Jako pierwsza wyskoczyła nam oferta w lesie: z małym drewnianym domkiem i zabytkową studnią z pompą. Wyglądało to magicznie. Tak się zakochałam w tym miejscu, że już na następny dzień umówiliśmy się na oglądanie. Gospodarz, starszy pan, popatrzył na mnie i powiedział: „Ja sprzedam tę działkę tylko pani”. Okazało się, że darzyli to miejsce dużym sentymentem, bo mieszkali tam od lat 70. Właściciel obiecał sobie, że sprzeda je tylko takiej osobie, która od razu mu się spodoba. Już następnego dnia wpłaciliśmy zaliczkę i tym sposobem weszliśmy w posiadanie leśnej działki z drewnianym domkiem.

Na początku wciąż mieliśmy biuro w Warszawie, więc przyjeżdżaliśmy tutaj tylko na weekendy. Bardzo nam się jednak nie chciało z nich wracać, więc krok po kroku coraz bardziej się tu kwaterowaliśmy. W pewnym momencie zapadła naturalna decyzja, żeby przenieść się na stałe.

Więc to nie było tak, że nagle rzuciliśmy wszystko i uciekliśmy do lasu. Ta zmiana miejsca zamieszkania była sukcesywna, a decyzja powoli w nas ewoluowała. Dopiero później dostosowaliśmy nasze całe życie i pracę do tej zmiany. I tym sposobem mieszkamy dziś w takiej kurnej chacie na środku lasu.

Czy ta przeprowadzka pozwoliła Ci pewne rzeczy zmienić, docenić i zwolnić tempo?

Bardzo doceniam dziś bliskość natury. Szczerze mówiąc, uciekam z Warszawy najszybciej, jak mogę, bo czuję się tam, jakbym się dusiła – ten hałas, smród, asfalt rozgrzany latem, trąbiące samochody… To mnie po prostu męczy.

Zasadniczą rzeczą, która się zmieniła, jest to, że nie mamy już żadnej motywacji, żeby brać urlop i gdzieś wyjeżdżać. Mieszkamy w drewnianym domu na środku lasu, a 800 metrów od nas płynie rzeczka, więc nauczyłam się odpoczywać tutaj codziennie. Kiedy tu wracam, czuję się, jakbym przyjeżdżała na wczasy. Ludzie wynajmują takie domy na wakacje, a my tu mieszkamy i możemy mieć urlop przez cały rok.

Kiedy wracam z miasta i wysiadam z samochodu, stoję przez trzy minuty i głęboko oddycham czystym powietrzem. Mieszkamy w tych lasach otwockich, które są bardzo dobre na płuca – tu powietrze jest zupełnie inne. Siedzę sobie w oknie razem z kotem i patrzę na piękne, zieleniące się dęby oraz stuletnie sosny. To nie ma dla mnie porównania z niczym innym. Zimą siedemnaście dzików podchodziło pod nasze okna, żeby szukać jedzenia. Mamy w okolicy lisy, sarenki, łosie – to są nasze codzienne atrakcje.

Tutaj w ogóle czas płynie wolniej. Nie ma znamion pośpiechu, pędzących samochodów, gwaru ludzi. Jest cichusieńko, a od rana śpiewają ptaki. On okolicznego gospodarza kupuję naturalne jedzenie, mleko prosto od krowy – to jest mój prawdziwy powrót do natury. I choć wcześniej nie byłam tak bardzo przyciągana do przyrody, to teraz od nowa odkrywam urok tej naszej „macierzy”.

Mój partner, Zbyszek, bardzo często chodzi boso po lesie i twierdzi, że się uziemia. Mamy też wspaniałego kota Figę – przybłędę, a od niedawna małego psa rasy chihuahua, którego nazwaliśmy adekwatnie do charakteru – Bigos.

Czy są jakieś uciążliwości takiego życia?

Polecam takie życie, ale szczerze mówiąc – dopiero wtedy, gdy nie musicie już codziennie wozić dzieci do szkoły, na tenisa albo na basen. U nas, jak w kuchni zabraknie cukru, to trzeba wsiąść w samochód i jechać do sklepu. Chociaż mamy sąsiada, który ma córkę w wieku przedszkolnym i codziennie ją tam dowozi, więc wszystko jest kwestią organizacji. Trzeba mieć jednak świadomość, że logistycznie może być trudniej. Można więc z taką decyzją poczekać, aż dzieci zaczną przemieszczać się same.

Ja jednak za niczym z miasta nie tęsknię, wszystko, czego potrzebuję, mam tutaj. Będąc w Warszawie, tęsknię tylko za tym, żeby jak najszybciej wrócić do siebie. Nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie aż taki chillout, taka czysta natura dookoła, taka głęboka cisza i te ptaki o poranku.

Beata Borucka zycie poza miastem
fot. Zbigniew Kłoczko

A co na to Twoja rodzina? Czy Twoja przeprowadzka do natury stała się też dla nich lekcją tego, jak w życiu naprawdę wartościować pewne rzeczy?

Moja rodzina jest po prostu przyzwyczajona do moich dziwnych pomysłów i myślę, że już nic ich we mnie nie zaskoczy. Zresztą wszyscy wiedzieli, że ja kocham to miejsce. Teraz czasami całą rodziną przyjeżdżamy nad rzekę i chodzimy na spacery do lasu. A poza tym moja szanowna rodzina mieszka w przepięknym domu na Żoliborzu, z bardzo dużym – jak na Warszawę – ogrodem. Wydaje mi się więc, że oni akurat najbardziej rozumieli moją tęsknotę za wyjściem z bloku.

Moje wnuki uwielbiają tu przyjeżdżać. Biegają sobie bezkarnie po lesie i nigdzie się nie zgubią. Idziemy razem nad rzekę, gdzie woda sięga zaledwie po kolana, więc nie ma o nich żadnego strachu. Jedziemy na lokalny targ po świeże truskawki i owoce. Oni kochają to miejsce. Nie zależy mi na tym, żeby ten dom był jakoś szczególnie nowoczesny czy idealnie piękny – to stary, skansenowy dom, myślę, że grubo ponad stuletni, zbudowany z solidnych, drewnianych bali. Podejrzewam, że w niektórych z nich siedzi już cała armia korników, ale dla mnie to i tak najważniejsze i najbardziej ulubione miejsce na ziemi!

Tematy

Reklama

Reklama