Joanna Moro: Wolę być coraz bardziej sobą
Spis treści:
- 1. Pochodzi Pani z Wilna – miasta o niezwykłej historii, otoczonego piękną, malowniczą przyrodą. Jak litewskie korzenie, zapachy dzieciństwa i tamtejszy krajobraz ukształtowały Pani wrażliwość na naturę?
- 2. Czy do dziś czerpie Pani z tamtych tradycji również, jeśli chodzi o filozofię życia i podejście do życia?
- 3. Gdzie najchętniej szuka Pani ucieczki od miejskiego zgiełku i co przywraca Pani wewnętrzny balans?
- 4. Jak brzmi Pani główne motto życiowe i jaka jest Pani osobista recepta na szczęśliwe życie?
- 5. Żyć w zgodzie z samym sobą – dla wielu to wciąż trudne wyzwanie. Co pomaga Pani wsłuchać się we własne potrzeby i stawiać zdrowe granice w życiu prywatnym i zawodowym?
- 6. Czy korzysta Pani z dobrodziejstw medycyny naturalnej, ziołolecznictwa lub suplementacji? Jakie metody dbania o zdrowie od wewnątrz sprawdziły się u Pani najlepiej na co dzień?
- 7. Czego – z perspektywy czasu i własnych doświadczeń – chciałaby Pani nauczyć swoje dzieci przede wszystkim, aby potrafiły radzić sobie z wyzwaniami współczesnego świata?
„Nie muszę być idealna, nie muszę być taka, jak inni” – mówi Joanna Moro – aktorka, mama trójki dzieci i dziewczyna z Wilna. W szczerej rozmowie opowiada nam o ucieczce od miejskiego pędu w Naturę, odpuszczaniu presji w mediach społecznościowych i szukaniu własnej drogi między tradycją a nowoczesnością. Kobieta, która zamiast ścigać się z czasem, woli po prostu z niego korzystać.
Pochodzi Pani z Wilna – miasta o niezwykłej historii, otoczonego piękną, malowniczą przyrodą. Jak litewskie korzenie, zapachy dzieciństwa i tamtejszy krajobraz ukształtowały Pani wrażliwość na naturę?
Myślę, że moje pochodzenie bardzo mocno mnie ukształtowało, ale nie chcę mówić o tym wyłącznie jak o wspomnieniu z dzieciństwa, bo ja cały czas tam wracam. Co roku. I cały czas z tego miejsca czerpię. Oczywiście są zapachy i obrazy, które noszę w sobie od dziecka – las, kwiaty, łąki, poziomki, jagody, długie spacery, rzeka. Dzisiaj patrzę na tę przyrodę już trochę inaczej. Obserwuję, jak zmienia się z biegiem lat, jak zmieniają się miejsca, które znam od dziecka. Czasem coś znika, coś wygląda zupełnie inaczej niż w mojej pamięci. I chyba właśnie dzięki temu jeszcze mocniej czuję, że natura nie jest czymś oczywistym i danym nam raz na zawsze.

Woda jest dla mnie szczególnie ważna. Chyba mam ją wpisaną w swój wewnętrzny krajobraz. Gdziekolwiek jestem, szukam wody – rzeki, jeziora, morza. Potrzebuję jej, żeby naprawdę odpocząć. Może dlatego tak naturalnie przyszło mi morsowanie. Woda mnie uspokaja daje i mi ogromną energię.
W dzieciństwie nikt nie mówił nam o „wellbeingu”, uważności czy świadomym kontakcie z naturą. Po prostu wychodziło się z domu, chodziło się po łąkach i lesie, zbierało jagody, poziomki, kwiaty. Natura była częścią normalnego życia, a nie atrakcją zaplanowaną na dwie godziny w weekend. I tego też bardzo pilnuję i dzisiaj.
Przy moim tempie życia, pracy, trójce dzieci i tysiącu rzeczy do zrobienia mogłabym bardzo łatwo od natury się odciąć. A ja robię odwrotnie – wracam do niej. Do Wilna też wracam. I za każdym razem trochę inaczej na nie patrzę, trochę inaczej je przeżywam, ale wciąż czuję: to są moje korzenie i moje źródło.
Czy do dziś czerpie Pani z tamtych tradycji również, jeśli chodzi o filozofię życia i podejście do życia?
Tak, chociaż nigdy nie byłam osobą, która robi coś tylko dlatego, że „tak się robi”. Mam w sobie szacunek do tradycji, rodziny, domu, wspólnego stołu, do prostych rzeczy, ale jednocześnie zawsze chodziłam trochę własnymi ścieżkami. Nie muszę mieć tego, co wszyscy. Nie muszę wyglądać tak, jak wszyscy. Nie muszę nawet odpoczywać tak, jak podobno powinno się odpoczywać.
Może to jest właśnie coś, co wyniosłam z domu – pewną zaradność i niezależność. Jestem mamą trójki dzieci, aktorką, kobietą, która pracuje, tworzy własne projekty, ma swoje ambicje. Lubię nowoczesność, ale nie chcę, żeby ona zabrała mi to, co pierwotne i prawdziwe. Dla mnie najlepsze życie jest gdzieś po środku. Jedną nogą mocno na ziemi, drugą już w kolejnym szalonym pomyśle.
Gdzie najchętniej szuka Pani ucieczki od miejskiego zgiełku i co przywraca Pani wewnętrzny balans?
Zdecydowanie woda. Szukam balansu nad morzem, rzeką czy jeziorem – woda mnie uspokaja, ale jednocześnie ładuje. Oprócz tego las, spacer, ruch, świeże powietrze. Nie jestem osobą, która najlepiej regeneruje się, leżąc cały dzień na kanapie. Ja muszę się ruszać. Czasem potrzebuję porządnego treningu, czasem długiego spaceru, czasem wejścia do zimnej wody.
Bardzo pomaga mi też świadomy oddech. To jest najprostsze narzędzie, jakie mamy zawsze przy sobie, a tak rzadko z niego korzystamy. Kilka minut naprawdę spokojnego, świadomego oddychania potrafi zmienić mój stan bardziej niż bezmyślne przewijanie telefonu przez godzinę.

Jak brzmi Pani główne motto życiowe i jaka jest Pani osobista recepta na szczęśliwe życie?

Nie wiem, czy mam jedno motto wykute w kamieniu, bo sama cały czas się zmieniam. Ale bardzo bliskie jest mi: “żyj swoim życiem, nie cudzym”. – To brzmi banalnie, dopóki nie spróbujemy naprawdę tak żyć. Bardzo pilnuję tego, żeby się nie porównywać, żeby nie zazdrościć innym tego, co widzę, szczególnie w social mediach. Oczywiście jestem człowiekiem i czasem też się na tym łapię, ale wtedy przypominam sobie: przecież ja widzę tylko fragment czyjegoś życia. Jedno zdjęcie. Sukces. Wakacje. Piękną twarz.
Nie widzę ceny, jaką ta osoba za coś zapłaciła, jej problemów, samotności czy zwyczajnego gorszego dnia. Wracam więc do swojego życia. Do swoich dzieci, swojej pracy, swoich marzeń. Nie chcę być najlepszą wersją kogoś innego. Wolę być coraz bardziej sobą.
Współczesny świat to nieustanny pęd, deadline’y i wszechobecny chaos. Jakie są Pani osobiste, sprawdzone sposoby na zatrzymanie się i radzenie sobie ze stresem, kiedy czuje Pani, że obowiązków jest za dużo?
Paradoksalnie, kiedy mam za dużo w głowie, uruchamiam ciało. Idę. Biegnę. Ćwiczę. Wchodzę do zimnej wody. Biorę zimny prysznic. Oddycham. Morsowanie bardzo dużo mi daje, bo zimnej wody nie da się oszukać. Wchodzisz i jesteś tu i teraz. Nie analizujesz maila, który trzeba wysłać, scenariusza, dziecięcego planu dnia ani tego, co ktoś o tobie powiedział. Masz oddech, ciało, zimno i ten konkretny moment. To jest dla mnie fantastyczny reset.
Przy trójce dzieci, aktorstwie, domu i pracy nie będę mówić Państwu, że każdego dnia osiągam idealny balans, bo nie osiągam. Czasem jest chaos. Czasem jestem zmęczona. Czasem mam wszystkiego za dużo. Ale nauczyłam się, że balans nie oznacza, że wszystko jest idealnie poukładane. Balans polega na tym, że umiem do siebie wrócić.
Żyć w zgodzie z samym sobą – dla wielu to wciąż trudne wyzwanie. Co pomaga Pani wsłuchać się we własne potrzeby i stawiać zdrowe granice w życiu prywatnym i zawodowym?
Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie bycie „grzeczną” w znaczeniu spełniania wszystkich cudzych oczekiwań. Nie da się być jednocześnie idealną mamą, idealną żoną, idealną aktorką, perfekcyjną gospodynią, przedsiębiorczą kobietą, zawsze piękną, wypoczętą, uśmiechniętą i jeszcze dostępną dla wszystkich przez 24 godziny na dobę. Ja już nawet nie chcę próbować. Chcę być obecna. Kiedy jestem z dziećmi – naprawdę z nimi być. Kiedy gram – oddać się pracy. Kiedy mam czas dla siebie – nie czuć, że muszę się z tego tłumaczyć.
Oczywiście nadal uczę się stawiania granic, ale coraz częściej potrafię powiedzieć: tego nie chcę, to nie jest moje, tutaj potrzebuję odpocząć. I odkryłam, że świat naprawdę się od tego nie zawala.

Jako kobieta aktywna i obecna w mediach doskonale wie Pani, jak wielka presja wiąże się z wyglądem. Jakie są Pani codzienne rytuały piękna i sposoby na świadome, pełne gracji starzenie się bez ulegania sztucznym kanonom?
Mam trochę przekorną naturę. Kiedy wszyscy biegną w jedną stronę, ja automatycznie zaczynam się zastanawiać: ale dlaczego właściwie mam tam biec? Tak samo jest z wyglądem. Oczywiście jestem kobietą, więc lubię czuć się atrakcyjna, lubię o siebie zadbać. Jestem też aktorką, więc kamera bezlitośnie pokazuje wszystko, ale nie chcę żyć w ciągłym strachu przed kolejną zmarszczką.

Dla mnie atrakcyjność zaczyna się od energii. Od tego, jak człowiek wchodzi do pokoju, jak się śmieje, jak patrzy na innych, czy ma w sobie ciekawość. Dlatego moje „beauty” to także sport, ruch, zimna woda, spacery, sen, oddech, dobre jedzenie i natura. Kosmetyki oczywiście też są, ale krem nie załatwi za nas życia. I nie mam potrzeby wyglądać dokładnie tak, jak aktualnie jest to modne. Wolę wyglądać jak ja.
Starzenie się to naturalny proces, choć współczesna kultura próbuje nam wmówić, że należy z nim walczyć. Jak Pani patrzy na upływający czas? Czy z wiekiem zyskuje się jakąś szczególną wolność i spokój, których brakowało w młodości?
Zdecydowanie zyskuje się wolność. Przede wszystkim od opinii innych. Oczywiście nie całkowitą – nadal potrafi mnie zaboleć krytyka, bo nadal każdy chce być lubiany. Ale mam dzisiaj dużo większy dystans niż dwadzieścia lat temu. I coraz mniej mam ochotę ścigać się z czasem. Bo właściwie po co mam z nim walczyć? To walka z góry przegrana. Wolę z tego czasu korzystać.
Mam troje dzieci. Mam za sobą wiele ról, sukcesów, porażek, decyzji dobrych i takich, które dziś podjęłabym inaczej. I właśnie to wszystko jest wypisane na twarzy i w człowieku. Nie chcę mieć znowu dwadziestu lat. Już je miałam. Teraz jestem ciekawa kolejnego etapu życia.
Wspomniała Pani kiedyś o tym, jak ważny jest ruch na świeżym powietrzu – niezależnie od pogody. Czy to jest Pani główny sekret dobrej formy, czy ma Pani jeszcze w zanadrzu jakieś inne formy zdrowego ruchu oraz naturalne, domowe triki pielęgnacyjne, które stosuje Pani od lat?
Ruch jest po prostu częścią mojego dnia. Nie traktuję go jako projektu pod tytułem „muszę zrobić formę”. Potrzebuję go przede wszystkim dla głowy. Dlatego spaceruję, ćwiczę, biegam, pływam, jeżdżę na rowerze, zimą uwielbiam aktywność na śniegu. Do tego morsowanie i zimne prysznice. Zimno bardzo szybko sprowadza człowieka do „tu i teraz”. Nie da się stać w zimnej wodzie i jednocześnie analizować piętnastu problemów. [śmiech]

Bardzo ważny jest też dla mnie oddech. Czasami kilka minut świadomego oddychania i spacer daje mi więcej niż najbardziej wymyślne metody regeneracji. Nie zawsze mam godzinę na trening, bo mam wiele na głowie. Dlatego bardziej wierzę w ruch na co dzień niż w perfekcyjny plan treningowy. Jeśli mam pół godziny – świetnie. Jeśli mam piętnaście minut – też je wykorzystuję. Najgorzej jest czekać na idealne warunki, bo one mogą nigdy nie nadejść.
Czy korzysta Pani z dobrodziejstw medycyny naturalnej, ziołolecznictwa lub suplementacji? Jakie metody dbania o zdrowie od wewnątrz sprawdziły się u Pani najlepiej na co dzień?
Tak i zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że niczego nie suplementuję, bo trochę tych różnych specyfików u mnie jest. [śmiech] Sięgam między innymi po witaminę C, D, omega-3, koenzym Q10 czy ashwagandhę. Natomiast bardzo zwracam uwagę na jakość. Czytam etykiety, patrzę na skład i staram się wybierać dobre produkty z prostym składem. Nie lubię brać czegoś tylko dlatego, że akurat zrobiło się modne.
Bardzo bliskie są mi też zioła i napary. Piję ich naprawdę dużo. Uwielbiam Yogi Tea, szczególnie te bardziej ziołowe, korzenne, aromatyczne mieszanki. Sam moment zaparzenia herbaty jest dla mnie takim małym codziennym rytuałem. W domu regularnie goszczą mięta, rumianek, nagietek, krwawnik czy wrotycz. Lubię poznawać rośliny, ich tradycyjne zastosowania i wracać do tej wiedzy, która kiedyś była czymś zupełnie naturalnym i przechodziła z pokolenia na pokolenie.
Jednocześnie nie jestem przeciwna współczesnej medycynie. Wręcz przeciwnie. Nie lubię skrajności. Mogę kochać zioła, morsowanie i naturalne sposoby dbania o siebie, a jednocześnie korzystać z badań i medycyny. Bo przecież jedno drugiego nie wyklucza. Zawsze lubię łączyć światy, zamiast wybierać tylko jakiś jeden obóz. Tradycja i nowoczesność. Natura i nauka. Macierzyństwo i własne ambicje. Aktorstwo i zwyczajne życie. Nie zawsze jest między nimi idealna równowaga, ale właśnie w tym balansowaniu odnajduję siebie.
Czego – z perspektywy czasu i własnych doświadczeń – chciałaby Pani nauczyć swoje dzieci przede wszystkim, aby potrafiły radzić sobie z wyzwaniami współczesnego świata?
Żeby nie bały się być inne. To jest chyba jedna z najważniejszych rzeczy, jakie chciałabym im dać. Nie musicie iść tam, gdzie idą wszyscy. Nie musicie czegoś mieć dlatego, że mają to koledzy. Nie musicie wyglądać jak ktoś z internetu. Nie musicie być najlepsi we wszystkim. Chciałabym, żeby znały swoją wartość bez ciągłego porównywania się z innymi.
Sama bardzo się tego pilnuję, szczególnie w świecie social mediów. Nie zazdrościć. Nie porównuj swojego zaplecza do czyjejś wystawy. Bo zawsze znajdzie się ktoś piękniejszy, bogatszy, bardziej popularny, bardziej wysportowany czy odnoszący większe sukcesy. Jeśli od tego uzależnimy swoje szczęście, nigdy nie będziemy mieli dość.

Chciałabym też przekazać dzieciom to, co sama dostałam: kontakt z naturą, żeby wiedziały, jak smakuje poziomka zerwana w lesie, jak pachnie ziemia po deszczu, jak dobrze jest iść przed siebie bez telefonu. Żeby umiały wejść do zimnej wody, zmęczyć się, ubrudzić, zmarznąć, a potem poczuć, że żyją. A jednocześnie chcę, żeby były nowoczesne, ciekawe świata, odważne i samodzielne. Bo ja sama chyba całe życie szukam właśnie tego połączenia: korzenie, ale nie kotwica. Tradycja, ale nie ograniczenie. Nowoczesność, ale nie bezmyślne podążanie za modą. Ambicja, ale nie kosztem życia.
Dziękuję serdecznie za tą rozmowę!

Joanna Moro – polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, urodzona w Wilnie. Absolwentka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Szerokiej publiczności znana m.in. z głównej roli w serialu „Anna German. Tajemnica Białego Anioła” oraz licznych ról telewizyjnych i teatralnych. W swojej pracy łączy aktorstwo z muzyką i działalnością artystyczną. Prywatnie mama trójki dzieci, miłośniczka aktywnego stylu życia, natury i podróży.



