Między sceną a ciszą lasu — o stresie, duchowości i pasjach
Spis treści:
- 1. Skąd wzięła się pasja do jazdy konnej?
- 2. A co jeśli chodzi o podróże po świecie?
- 3. W polskiej tradycji zachowały się naturalne terapie, ziołolecznictwo i ludowe sposoby na choroby. Jak to wygląda u Państwa w domu?
- 4. Jak zaczęła się Pana aktorska kariera? Skąd pomysł, aby zostać aktorem?
- 5. Ciekawi mnie, jak Pan przygotowuje się do roli?
- 6. Czy stresuje się Pan przed spektaklami albo zdjęciami? Czy z biegiem czasu praca stała się przyjemnością?
- 7. Artyści potrzebują czasem pobyć w naturze, by przemyśleć pewne rzeczy. Czy dla Pana natura również jest miejscem inspiracji?
- 8. A jeśli chodzi o medytację — czy potrzebuje Pan czasem zajrzeć w głąb siebie, sięgnąć do głębszych przemyśleń?
Mateusz Rzeźniczak – popularny aktor teatralny i serialowy młodego pokolenia (znany m.in. z “Barw Szczęścia”) opowiada o terapeutycznej sile Natury, o tym, jak pasja do jazdy konnej i podróże pomagają mu odzyskać równowagę, a także zdradza kulisy pracy twórczej, zmagania ze stresem i własną drogę duchową. W szczerej rozmowie mówi o rodzinie, inspiracjach i o tym, dlaczego aktorstwo jest dla niego niekończącą się przygodą.
Jak Pan odreagowuje stres związany z pracą? Czy w życiu prywatnym ceni Pan kontakt z Naturą?
Oczywiście bardzo cenię sobie kontakt z naturą jako formę odreagowania stresu. Każdy kontakt z naturą jest dla mnie pewnego rodzaju terapią. Kiedy byłem dzieckiem, mój dziadek często zabierał mnie do lasu i razem spacerowaliśmy. Moi dziadkowie mieli działkę pod Łodzią, w miejscowości Szczawin, i tam zaczęły się moje przygody z lasem. Bardzo lubiliśmy chodzić z dziadkiem na grzyby — pokazywał mi owoce leśne. Ale dziś zbieranie grzybów nie jest już moim celem, kiedy idę do lasu — ja po prostu lubię wyjść do lasu i sobie po nim pochodzić. Bardzo często idę na spacer albo pobiegać do lasu.
Mimo że jestem alergikiem i mój lekarz mi tego zakazał, nie jestem w stanie się powstrzymać. Jest to dla mnie forma odreagowania stresu. Często też jeździmy z moją żoną w Beskid. Tam również zdarza nam się pojeździć konno — czysto rekreacyjnie — co także jest świetną formą odpoczynku i rozładowania napięcia.
Skąd wzięła się pasja do jazdy konnej?
Kiedy byłem na studiach na wydziale aktorskim w Łodzi, uczelnia miała umowę ze stadniną na Kaszubach, dzięki czemu studenci mogli w wakacje jeździć konno. Przez kilka lat z rzędu jeździłem na takie wyjazdy z wydziałem aktorskim i tam nauczyłem się jeździć konno.
Później okazało się, że moja żona również to bardzo lubi, a nawet jest w tym ode mnie dużo lepsza, bo ma większe doświadczenie. Kiedy więc proponuje mi wypad na konie, nigdy nie odmawiam.

A co jeśli chodzi o podróże po świecie?
Staramy się z żoną wyjeżdżać jak najczęściej, żeby „przewietrzyć” głowę. Zdarza nam się wyjeżdżać nie tylko w dzikie rejony górskie, ale również do dużych miast. Ostatnio byliśmy w Maladze, bo oboje wspólnie uczymy się hiszpańskiego i jesteśmy na podobnym poziomie. Dlatego najczęściej wybieraliśmy ostatnio kraje hiszpańskojęzyczne, żeby szlifować język.
W polskiej tradycji zachowały się naturalne terapie, ziołolecznictwo i ludowe sposoby na choroby. Jak to wygląda u Państwa w domu?
Z naturalnych leków z dzieciństwa najbardziej zapamiętałem mleko z czosnkiem i miodem. Pamiętam też, że w przypadku zapalenia ucha wsypywało się sól do skarpetki, podgrzewało ją w piekarniku, a później przykładało do bolącego ucha.
No i oczywiście miętę na żołądek, a sok z ogórków albo z kiszonej kapusty na poprawę pracy układu pokarmowego. Tego typu metody zdarza mi się stosować do dziś. Natomiast jeśli chodzi o bardziej zaawansowane terapie i ziołolecznictwo, nie mam większego doświadczenia.
Jak zaczęła się Pana aktorska kariera? Skąd pomysł, aby zostać aktorem?
Od zawsze chodziło mi to po głowie i pewnego dnia powiedziałem to u dziadków na obiedzie. Był tam mój wujek i spora część rodziny. I to właśnie wujek powiedział: „No co ci szkodzi? Idź i spróbuj!”. To mnie zmotywowało, aby naprawdę spróbować.
Akurat miałem kontakt do kogoś, kto pomógł mi przygotować się do egzaminów i zwrócił uwagę na najważniejsze rzeczy. Przygotowałem się dosyć szybko, bo choć zdecydowałem się dopiero w lutym czy marcu w klasie maturalnej, to na wiosennych egzaminach udało mi się zdać i dostać na uczelnię za pierwszym podejściem!
W życiu trzeba mieć trochę szczęścia. Aktorstwo było czymś, o czym marzyłem, bo uwielbiałem chodzić do kina. Teatru może jeszcze wtedy nie doceniałem, ale to przyszło później.
Zacząłem chodzić do teatru, kiedy przygotowywałem się do egzaminów do szkoły. A teraz teatr jest ogromną częścią mojego życia i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Bardzo się cieszę, że dzięki szkole aktorskiej w moim życiu jest i teatr, i film.
To moja wielka pasja. Czasami, kiedy nie wiem, co ze sobą zrobić, wystarczy, że sprawdzę repertuary teatrów i kin — i od razu wiem, co mam robić.

Ciekawi mnie, jak Pan przygotowuje się do roli?
To zawsze intrygujący proces, bo wiadomo, że gramy zupełnie inne osobowości niż jesteśmy naprawdę. Każdy ma różne metody przygotowywania roli w domu. Można mieć kogoś do pomocy, skorzystać z porady coacha, albo poprosić kogoś bliskiego do pomocy.
Plan filmowy różni się od teatru tym, że na planie mamy właściwie jeden dzień — czasem kilka godzin — na zrealizowanie danej sceny. Dlatego trzeba być przygotowanym wcześniej. W teatrze tworzenie roli odbywa się w trakcie prób, choć oczywiście budujemy ją wewnętrznie. No i w zależności od rodzaju roli ten proces bywa różny.
Czasami, kiedy wychodzę na scenę i mój partner lub partnerka gra inaczej, niż sobie wyobrażałem, muszę dostosować się na bieżąco. Ten proces jest pewną niewiadomą, bo na scenie nakładają się różne czynniki.
Na tym polega sztuka, twórczość — to indywidualny ładunek emocjonalny, interpretacja i improwizacja. To właśnie dodaje zawodowi aktora smaczku, bo nigdy nie jest do końca „według planu”. Czasem spadnie element dekoracji albo uderzy piorun za oknem — wtedy nie możemy udawać, że tego nie ma. Najważniejsze jest, by żyć na scenie i pogodzić się z tym, że coś się może wydarzyć.
Kiedyś usłyszałem sentencję od Krystiana Lupy: „To, co ty wiesz, jest zawsze gorsze od tego, co się może stać.” Uważam, że to jest esencja tego, co lubię w tym zawodzie — spontaniczność i życie.
Czy stresuje się Pan przed spektaklami albo zdjęciami? Czy z biegiem czasu praca stała się przyjemnością?
Są dni, kiedy granie to czysta przyjemność, i są takie, kiedy się stresuję — sam nie wiem, z czego to wynika. Każdy dzień jest inny, a my sami jesteśmy inni każdego dnia — to zależy od formy psychofizycznej.
Kiedy zaczynałem pracę, było dużo stresu, a mniej przyjemności. Teraz ta proporcja znacznie się odwróciła.
Artyści potrzebują czasem pobyć w naturze, by przemyśleć pewne rzeczy. Czy dla Pana natura również jest miejscem inspiracji?
Jak najbardziej. Dla mnie to forma medytacji, spotkania ze sobą i zdecydowania się na jakiś krok. Zdarza mi się pójść na spacer do parku, lasu, w góry czy do Kampinosu, żeby przemyśleć pewne rzeczy i poukładać je w głowie.
A czasami potrzebuję coś z kimś przegadać, żeby podjąć właściwą decyzję.
A jeśli chodzi o medytację — czy potrzebuje Pan czasem zajrzeć w głąb siebie, sięgnąć do głębszych przemyśleń?
Jeżeli mówimy o pielęgnacji duchowej, to jestem agnostykiem. Ale jeśli mówimy o poczuciu duchowości, zmierzeniu się ze sobą, to raz na jakiś czas lubię zrobić sobie sesję medytacji, żeby spotkać się ze sobą i trochę wyciszyć myśli.
Największym „uduchowieniem” w moim życiu jest moja rodzina i dbanie o najbliższych. Mam dużą rodzinę i bardzo mnie to cieszy. Moja żona jest ogromną częścią mojej duchowości — mam wielkie szczęście, że jest w moim życiu.




