Sandra Staniszewska-Herbich: aktorka, mama i kobieta, która odzyskała równowagę
Spis treści:
Znana z filmów „Kamienie na szaniec”, „Barwy szczęścia” czy „Ślub doskonały”, opowiada o życiu blisko Natury, o drodze do pokonania Hashimoto i o tym, jak świadome wybory, medytacja i proste rytuały stały się jej codzienną praktyką zdrowia i spokoju. W szczerej rozmowie zdradza, jak dba o ciało, emocje i uważność w świecie, który nieustannie pędzi.
Czy stawia Pani na życie blisko Natury?
Zdecydowanie tak. To właściwie część mojego DNA. Wychowałam się w domu, w którym zawsze jedliśmy wspólnie domowe obiady, pachniało chlebem z własnego zakwasu, a w spiżarni stały słoiki z przetworami taty – jego sery, wędliny i przeciery pomidorowe do dziś są legendarne w rodzinie. Nigdy nie mieliśmy w domu gotowych dań czy słodkich napojów. Natura była zawsze obecna – w ogródku, na talerzu, w codziennych rytuałach. Dziś moje ciało samo pokazuje mi, czego potrzebuje. Źle reaguje na przetworzone jedzenie, więc staram się żyć w rytmie natury – jem sezonowo, prosto, bez nadmiaru. Latem dzień zaczynam naparem z mięty, melisy albo szałwii, zimą – imbirem z cytryną lub limonką. Dopiero po godzinie kawa – naturalna, wypalana przez mojego wujka. Od lat staram się nie jeść glutenu, bo prostu odbiera mi energię. Gluten powoduje u mnie senność, stany zapalne i obniżenie nastroju. Dziś czuję, że odzyskałam siłę i lekkość. Nabiał ograniczam do minimum – czasem kozi ser czy ricotta. Wierzę, że ciało to nasz dom i trzeba o niego dbać z czułością, zanim zacznie się buntować. Unikam też chemii – nie używam zapachowych świec, sztucznych dyfuzorów, kolorowych napojów ani cukru. Traktuję organizm poważnie, bo chcę, by służył mi długo i dobrze. Jako dziecko obiecałam sobie, że dożyję stu lat – i konsekwentnie nad tym pracuję.
Jakie terapie Pani preferuje?
Kiedy zachorowałam na Hashimoto, zrozumiałam, że nie można „leczyć objawów” – trzeba dotrzeć do źródła. Pojechałam z mamą do Indonezji, gdzie ona szukała pomocy w walce z nowotworem, a ja – odpowiedzi dla siebie. Obserwując ją, po raz pierwszy zobaczyłam, jak ogromny wpływ ma sen, emocje i stres na ciało. Zaczęłam wtedy proces, który trwa do dziś: uczenie się siebie. Oprócz diety bardzo ważna jest dla mnie praca z emocjami, oczyszczanie głowy, ruch i medytacja. Hashimoto udało mi się wyciszyć całkowicie – bez leków, tylko poprzez zmianę stylu życia. Jestem też w rodzinie lekarskiej, więc wiem, jak różne mogą być spojrzenia na zdrowie. Dla mnie antybiotyk to ostateczność. Staram się zaufać ciału – ono naprawdę potrafi się regenerować. Kiedy czuję, że coś mnie „bierze”, sięgam po goździki, imbir, ciepłą wodę, sen. Czasem po prostu trzeba dać sobie spokój i pozwolić organizmowi odpocząć. Codziennie dbam o siebie od środka: witamina D3, B-kompleks, selen, cynk, jod. Ale równie ważna jest dla mnie higiena emocjonalna – pilates, joga, chwile ciszy. Wierzę, że zdrowie zaczyna się w głowie, a choroba jest często tylko komunikatem: „zatrzymaj się”.

Jak radzi sobie Pani ze stresem?
Zawód aktora to nieustanna praca z emocjami – stresem, oceną, oczekiwaniami. Kiedyś reagowałam na to bardzo silnie – przed premierami miałam problemy żołądkowe, nie spałam, wszystko przeżywałam za bardzo. Dziś wiem, że stres to energia, którą można przetransformować w coś dobrego. Zrozumiałam, że nie muszę podobać się wszystkim. To była ogromna ulga. W moim zawodzie łatwo wpaść w pułapkę porównań – tymczasem spotykając wielkie gwiazdy, jak Natalie Portman, widzisz, że one też są ludźmi. Mają swoje słabości, dzieci, codzienność. To bardzo uwalniające. Pandemia, choć dla świata była trudna, dla mnie okazała się momentem zatrzymania. Po raz pierwszy od dawna poczułam spokój. Zaczęłam medytować, pisać scenariusze, uczyć się bycia „tu i teraz”. Odkryłam, że życie to nie tylko gonitwa za nowym zdaniem aktorskim, planem zdjęciowy ale to też rodzinny obiad, urodziny babci, czy spotkanie z przyjaciółmi – te chwile budują nas naprawdę. Mam też swoje codzienne rytuały: oddech, krótka medytacja, spacer bez telefonu. To mój sposób na powrót do siebie, gdy świat zaczyna pędzić za szybko.
Czytaj też: Skolim: RELACJE międzypokoleniowe i wsparcie rodziny są najważniejsze
Jak Pani dba o zdrowy kręgosłup?
Kręgosłup to dla mnie nie tylko fizyczna oś ciała, ale też barometr emocji. Widzę po sobie, że kiedy jestem zmęczona albo zmartwiona – od razu się zapadam, pochylam do przodu, zmienia się ustawienie miednicy, a wraz z tym pogarsza się mój nastrój. Dlatego zasada numer jeden brzmi: trzymaj się prosto. Wyobrażam sobie, że z czubka mojej głowy wychodzi cienka, magiczna nitka, która łączy mnie z niebem. To pomaga mi znaleźć pion – i fizycznie, i symbolicznie. W końcu jesteśmy stworzeni do tego, by iść przez życie z podniesioną głową. Mam też w uszach cytat z jednej ze sztuk, w której grałam: „Przodek do przodu, tyłek do tyłu” – prosta, a jakże skuteczna wskazówka postawy. Uważność to jedno, ale praktyka – drugie. Kiedyś była to głównie joga, dziś pilates, który uważam za najlepszy trening dla kręgosłupa. Każdy poranek zaczynam od krótkiej praktyki: rolowanie, rozciąganie, kilka ćwiczeń na mobilność. To mój codzienny rytuał troski o kręgosłup – i o siebie. Wierzę też, że starzejemy się od kręgosłupa – więc jeśli zachowamy jego elastyczność, starość dogoni nas znacznie później. Noszę wygodne buty, obcasy tylko w wyjątkowych sytuacjach, a wieczorem często robię pozycję odwróconą – nogi oparte o ścianę, kilka minut oddechu i refleksji. Ciało naprawdę to docenia.
Czy może Pani opowiedzieć o medytacji – gdzie się Pani jej nauczyła?
Medytacji nauczyłam się na Bali. To było jedno z tych doświadczeń, które zmieniają życie. Myślałam, że medytacja to po prostu relaks – zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech. Tymczasem to głęboka praktyka, która prowadzi do spotkania z samą sobą. Dzięki niej zaczęłam rozumieć swoje emocje, ciało, potrzeby. Przestałam uciekać od ciszy. W świecie, w którym wszystko krzyczy, medytacja jest dla mnie jak powrót do domu. Uczy koncentracji, wdzięczności, obecności, a najpiękniejsza jest koherencja serca – polecam wszystkim te praktykę. Ograniczyłam też czas spędzany w telefonie i mediach społecznościowych. Kiedy przestajesz scrollować, zaczynasz naprawdę widzieć – ludzi, naturę, siebie. Medytacja daje mi coś jeszcze – kontakt z moją mamą, której już nie ma. To przestrzeń, w której czuję jej obecność. To nie jest mistyka, raczej głęboki spokój. Takie momenty są bezcenne, bo przypominają, że życie to nie wyścig, tylko doświadczenie, które warto przeżywać uważnie.



