Naładuj się Naturą! O codziennym uziemianiu, które przywraca nas do życia
W świecie, który nieustannie nas pobudza, człowiek coraz częściej przypomina urządzenie działające na ostatnich procentach energii, ma więcej zadań i coraz mniej czasu. Wciąż w ruchu, wciąż podłączony do informacji, ale odłączony od tego, co naprawdę go zasila – od Natury i własnego ciała, od Ziemi. Może właśnie dlatego tak wielu ludzi czuje się wyczerpanych już od rana, pomimo że przespali cała noc. Czuje się rozproszonych, przeciążonych dlatego, że za mało poświęcają czasu na regenerację. To stało się przywilejem zamiast być tak naprawdę częścią naszej codzienności.
Uziemianie, czyli grounding, jest biologiczną potrzebą organizmu, który działa dzięki elektryczności. A elektryczność, jak wiemy, musi mieć możliwość przepływu, wyrównania, rozładowania. Dlatego potrzebujemy codziennego uziemiania, aby wyregulować nasz organizm i co tygodniowego powrotu do Natury, niezależnie od pogody, pory roku czy nastroju. Ciało regeneruje się tylko wtedy, kiedy mu na to pozwalamy, a o tym niestety przytłoczeni obowiązkami i codziennością często zapominamy.
Zapominamy coraz częściej o sobie i o tym, że w łatwy, prosty i skuteczny sposób możemy wesprzeć nasz organizm w jego regeneracji zupełnie za darmo i z niewielkim wkładem, wystarczy tylko 5-10 min dziennie, a efekty mogą być odczuwalne w sposób wymierny.
Przez tysiące lat uziemianie nie było niczym wyjątkowym. Było po prostu częścią życia. Ludzie chodzili boso albo w skórzanych sandałach. Pracowali z ziemią, dotykając gleby dłońmi. Siadali na trawie, dotykali drzew i roślin, przechodzili przez wodę, spali bliżej Natury. Samo życie było uziemianiem. Dzięki temu ciało miało stałą, naturalną możliwość utrzymywania równowagi ładunków – plusów i minusów – w swoim wnętrzu. To, co kiedyś działo się samo, dziś niestety musimy robić świadomie, bo zmieniły się okoliczności.
Czasy izolacji
Żyjemy w epoce izolacji. Nie tylko emocjonalnej czy społecznej, ale przede wszystkim fizycznej. Chodzimy w gumowych podeszwach, które odcinają nas od przewodzenia. Mieszkamy w betonowych przestrzeniach. Pracujemy w pomieszczeniach pełnych sztucznego światła. Odpoczywamy przed ekranami. Przemieszczamy się samochodami, które izolują nas od środowiska. Spędzamy większość życia na powierzchniach, które nie przewodzą niczego poza hałasem. To jest „nowoczesność” która ułatwia nam życie ale jednocześnie odłącza człowieka od naturalnego źródła regulacji.
W efekcie ciało funkcjonuje jak bateria, która nigdy nie ma kontaktu z ładowarką. Działa, ale nie regeneruje się w pełni. Pracuje na pełnych obrotach, ale traci równowagę. Reaguje na zmieniające się otoczenie, ale nie odpoczywa. A przecież człowiek jest układem elektrycznym, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przecież nasze serce bije dzięki impulsom elektrycznym. Mózg komunikuje się poprzez sygnały elektryczne. Mięśnie kurczą się dzięki różnicy potencjałów. Komórki wymieniają informacje poprzez przepływ jonów. Cały układ nerwowy działa dzięki przewodzeniu.
Każda komórka naszego ciała utrzymuje różnicę napięcia między swoim wnętrzem a otoczeniem. Za tym procesem stoją jony: sód, potas, wapń i magnez. To nie są wyłącznie minerały, które widzimy na etykiecie suplementu, więc rozwiązaniem nie jest wyłącznie ich suplementacja. To nośniki informacji, dzięki którym sygnały mogą krążyć po całym organizmie. Gdy mówimy, że ciało jest jak bateria, to oczywiście jest to metafora, – nie jesteśmy baterią w dosłownym, fizycznym sensie, – ale nasz organizm nieustannie, w każdej sekundzie, działa dzięki napięciom, sygnałom i równowadze ładunków, i o tym warto wiedzieć. Więc aby to było możliwe, potrzebujemy elektrolitów, o których wspominałam wcześniej: sodu, potasu, magnezu, wapnia, chlorków, gdyż to one umożliwiają przewodzenie impulsów. Bez nich ciało traci zdolność komunikacji wewnętrznej. Dlatego w sytuacjach zagrożenia życia człowiek dostaje sól fizjologiczną, dlatego, że sól przewodzi elektryczność, przywraca równowagę elektrolitową, stabilizuje pracę serca, wspiera układ nerwowy i umożliwia komórkom prawidłowe funkcjonowanie. To jest fizyka i biologia, a także dowód na to, że człowiek jest istotą elektryczną.
Ziemia – rezerwuar elektronów
Uziemianie, w sensie fizycznym natomiast, jest wyrównywaniem potencjału elektrycznego między ciałem a Ziemią. Ziemia jest ogromnym rezerwuarem elektronów. Kiedy dotykamy jej bezpośrednio, elektrony mogą swobodnie przepływać, ciało rozładowuje nadmiar napięcia, układ nerwowy stabilizuje się, a organizm wraca do stanu równowagi. Warto się temu przyjrzeć.
W świecie pełnym izolacji niestety tracimy naturalną możliwość wymiany tych ładunków. A ciało, które nie może się rozładować, działa jak „przegrzana bateria”: niby funkcjonuje, ale szybciej się męczy, gorzej regeneruje i reaguje nadmiernym napięciem, co wielu z nas doświadcza na co dzień. Dlatego codzienne uziemianie jest powrotem do biologicznej higieny. Potrzebujemy codziennego kontaktu z Ziemią, choćby na chwilę. Dwie, pięć, dziesięć minut boso na trawie, ziemi, piasku, kamieniach. Dotknięcie dłonią naturalnego podłoża. Usiądnięcie na ziemi lub oparcie się o drzewo. Świadomy spacer bez telefonu. Spacer z psem na boso po trawie. W ten sposób damy naszemu możliwość wyrównania potencjału.
W praktyce zwykły dzień wygląda podobnie, od rana telefon w dłoni, potem laptop, wiadomości, maile, powiadomienia, kawa, presja, hałas, sztuczne światło i nadmiar informacji. A przecież każda informacja to dla ciała również sygnał elektryczny. Organizm musi na nią zareagować: gdy jest stresująca – uwalnia kortyzol i adrenalinę, gdy przyjemna – dopaminę, serotoninę czy oksytocynę. Impulsy biegną w górę i w dół układu nerwowego przez cały dzień, a napięcie narasta z każdą minutą i każdą godziną.
Ciało to czuje. Szczęka jest zaciśnięta. Klatka piersiowa się zamyka. Oddech staje się płytki. Myśli pędzą. Mamy wrażenie, jakby w środku było za dużo elektryczności. I co wtedy robimy? Wieczorem, gdy chcemy wreszcie odpocząć, siadamy przed telewizorem lub sięgamy po telefon i próbujemy się uspokoić poprzez skrolowanie. Tyle że telefon zwykle nie uspokaja układu nerwowego, on znowu dostarcza mu kolejnej porcji bodźców. Zamiast rozładowania dostajemy dodatkowe napięcie. I tak w kółko, każdego dnia.

Zmiana nawyków
Czy jest na to sposób? Oczywiście że tak. Wystarczy zmiana nawyków. Najprostsze rozwiązanie wygląda zupełnie inaczej. Jeśli po pracy, szkole czy spotkaniach chcemy się naprawdę wyciszyć, wystarczy wyjść na zewnątrz. Zdjąc buty, stanąć boso na trawie, ziemi, piasku albo kamieniu. Można też położyć dłoń na pniu dużego drzewa, które jest połączone z Ziemią. Zainwestować ten czas dla siebie. W tym czasie warto odłożyć telefon i pozostać w ciszy z samym sobą i pozwolić ciału się rozładować, uspokoić i wrócić do równowagi, oddając to wszystko co mu szkodzi. Nawet pięć, dziesięć minut dziennie robi naprawdę wielką różnicę. Rozwiązaniem są też specjalne maty uziemiające, na które również warto zwrócić uwagę zwłaszcza w sytuacji, gdy z różnych względów nie możemy sobie pozwolić na codzienny kontakt z Naturą.
Codzienny grounding lub spanie na macie uziemiającej, działa jak codzienne ładowanie baterii. Nie „do pełna”, ale wystarczająco, aby ciało mogło funkcjonować bez przeciążenia. Niech to stanie się naszym nowym nawykiem. Nawet gdy pada deszcz, wtedy jest jeszcze lepiej. Raz w tygodniu natomiast warto spędzić minimum godzinę lub dwie w Naturze: w lesie, parku, na łące, na plaży, w ogrodzie. To czas na rozładowanie napięcia, regulację układu nerwowego, dotlenienie, ruch, kontakt z naturalnymi bodźcami i odzyskanie biologicznej równowagi. To jest reset, którego ciało potrzebuje tak samo jak snu.
Jesteśmy jak teraz widać, częścią większego układu, który działa dzięki wymianie energii, przepływowi elektronów, przewodzeniu impulsów, równowadze jonowej i kontaktowi z naturalnymi polami. Kiedy odcinamy się od natury, ciało traci tą naturalną możliwość regulacji. Kiedy wracamy do natury, ciało odzyskuje funkcje, które są dla niego pierwotne.
Kontakt z Ziemią
Skoro to takie proste, dlaczego jednak tak niewielu ludzi to robi? Z czego to wynika? Bo nie są tego świadomi. Brak edukacji w tym zakresie sprawia, że nasza wiedza na ten temat jest ograniczona. Dlaczego? Nasuwa się tylko jedna odpowiedź, dość kontrowersyjna, ale moim zdaniem warta przeanalizowania. Nikt nas po prostu o tym nie uczy, bo tego nie da się sprzedać. Kontakt z Ziemią jest darmowy. Nie trzeba kupować sprzętu, leków ani subskrypcji, więc trudno na tym zarobić koncernom. Badań zatem w tym temacie jest niewiele i są one ograniczone i trudno dostępne, choć wielu niezależnych badaczy poświęciło swój czas na przeanalizowanie tego zjawiska.
Co zatem pokazują te badania? Jednym z pierwszych było niewielkie badanie Ghaly’ego i Teplitza z 2004 roku. Uczestnicy przez osiem tygodni spali na uziemionych matach, a naukowcy mierzyli u nich poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu. Okazało się, że jego nocny rytm zaczął się normalizować, a badani zgłaszali lepszy sen, mniej bólu i mniejsze odczucie stresu. To ważne, bo kortyzol to właśnie ten hormon, który przez cały dzień „podkręca” nasze ciało w odpowiedzi na presję, powiadomienia i nadmiar bodźców. Ale tutaj opierano sie o maty uziemiające, imitujące naturalne uziemienie.
Kolejne prace dotyczyły układu nerwowego i serca. Chevalier i Sinatra w 2011 roku badali zmienność rytmu serca (HRV), jeden z najlepszych wskaźników tego, jak dobrze organizm radzi sobie ze stresem. U osób uziemionych HRV poprawiła się wyraźnie bardziej niż przy samym relaksie. Podobne obserwacje poczyniono nawet u wcześniaków, u których uziemienie wzmacniało aktywność nerwu błędnego, czyli tej części układu nerwowego, która odpowiada za wyciszenie, odpoczynek i regenerację. Mówiąc prościej: ciało szybciej przechodzi z trybu „walcz lub uciekaj” w tryb „odpocznij i zregeneruj się”. To ważne w kontekście ogólnego dobrostanu i szeroko rozumianej długowieczności. Organizm może przeznaczyć energię na naprawę i regenerację a nie na gaszenie pożarów jakimi są np toczące się stany zapalne.
Badacze przyjrzeli się też krwi i tym toczącym się stanom zapalnym. W badaniu z 2013 roku już po dwóch godzinach uziemienia czerwone krwinki miały silniejszy ujemny ładunek elektryczny i mniej się ze sobą zlepiały, co może sprzyjać lepszemu krążeniu. Z kolei przegląd Oschmana, Chevaliera i Browna z 2015 roku zebrał obserwacje wskazujące na mniejszy ból, szybsze gojenie i łagodniejsze reakcje zapalne u osób uziemionych. Trzeba jak wspomniałam wcześniej uczciwie dodać, że są to badania na niewielkich grupach i wciąż potrzeba kolejnych, większych prób, ale to już daje nam zarys który kształtuje wstępny pogląd na ten temat. Wstępne wyniki pokazują nam kierunek, który warto znać, zwłaszcza że chodzi o coś darmowego, prostego i dostępnego dla każdego.
Dlatego grounding, w moim odczuciu, powinien być stylem życia. Codzienny kontakt z Naturą nie wymaga wielkiego wysiłku ani nakładów finansowych, jest dostępny dla każdego. Wspiera zdrowie, równowagę i regenerację. Przywraca człowieka do naturalnego rytmu życia. To jest powrót do tego, kim tak naprawdę jesteśmy.

Autor: Beata O. Guzak-Macieja, redaktor prowadząca Natura + Bez cenzury
Źródła:
Electrical Grounding Improves Vagal Tone in Preterm Infants – PMC



